Kiedy Dolindo był jeszcze małym chłopcem, w domu Ruotolów dzień zaczynał się bardzo wcześnie. O czwartej rano wszyscy jeszcze spali, a jego mama, Silvia, wstawała, aby przygotować się do Mszy Świętej.
Był jednak ktoś, kto często jej wtedy towarzyszył. Mały Dolindo.
Przychodził do kuchni i pozostawał przy mamie, kiedy przygotowywała kawę. Modlił się obok niej, a później odprowadzał ją do drzwi. Sam był jeszcze za mały, aby pójść z nią, więc zostawał w domu i czekał na jej powrót.
Najpiękniejsza chwila przychodziła właśnie wtedy, gdy Silvia wracała z kościoła.
Mama brała Dolindo na ręce. Wiedział, że przed chwilą przyjęła Komunię Świętą. Przytulała więc synka i delikatnie dmuchała w jego stronę, jakby chciała przekazać mu wraz ze swoim oddechem odrobinę miłości Jezusa, którego właśnie przyjęła.
Dolindo był tym zachwycony. Śmiał się i cieszył, jakby naprawdę otrzymał od mamy coś niezwykle cennego.
Wiele lat później wciąż pamiętał te poranki.
Być może właśnie wtedy, w zwyczajnej kuchni neapolitańskiego domu, między zapachem kawy, modlitwą mamy i dziecięcym śmiechem, zaczynało rodzić się jego powołanie. Miał zaledwie trzy lub cztery lata, kiedy powiedział jej z przekonaniem:
– Ja będę księdzem.
I rzeczywiście został nim.
Ta drobna historia pięknie pokazuje, że wiara nie zawsze zaczyna się od wielkich wydarzeń. Czasem zaczyna się bardzo cicho — od obecności mamy, kilku minut wspólnej modlitwy i dziecka, które patrząc na nią, zaczyna odkrywać Boga.





Dodaj komentarz