Ksiądz Dolindo Ruotolo nie należał do ludzi, którzy przywiązywali wielką wagę do jedzenia. Posiłek miał przede wszystkim pozwolić człowiekowi nabrać sił — i właściwie tyle.
Pewnego dnia podano mu obiad, który zdecydowanie nie należał do udanych. Potrawa była tak kiepska, że inni przy stole krzywili się i narzekali. Ktoś w końcu spojrzał na Dolindo, ciekawy, co powie. On tymczasem jadł spokojnie, jak gdyby nic się nie stało.
— Ojcze Dolindo, przecież tego prawie nie da się zjeść!
Dolindo miał spojrzeć na rozmówcę ze spokojem i odpowiedzieć mniej więcej:
— Tym lepiej. Przynajmniej nie będę jadł dla przyjemności.
Dla innych był to powód do narzekania. Dla niego — drobna okazja, żeby coś ofiarować Bogu.
Tak wyglądała jego duchowość w codzienności. Nie potrzebował wielkich wydarzeń, aby znaleźć okazję do wyrzeczenia. Niesmaczny obiad, zmęczenie, niewygoda czy drobne rozczarowanie mogły stać się małą ofiarą, jeśli człowiek przyjmował je bez złości.
A przecież właśnie takie drobiazgi bywają najtrudniejsze.
Łatwo wyobrażać sobie, że w wielkiej próbie zachowalibyśmy się bohatersko. Znacznie trudniej nie marudzić, kiedy obiad jest niesmaczny.
Dolindo przypominał, że świętość bardzo często zaczyna się właśnie tam — przy zwyczajnym stole, w zwyczajny dzień, kiedy nikt poza Bogiem nie widzi naszego małego zwycięstwa nad samym sobą.





Dodaj komentarz